Ludzie...

IS 1 DSC 2190Gdy chmury przesłonią gwiazdy robi się tak ciemno, że nie widać palców własnej wyciągniętej dłoni. Ta noc jest bezchmurna, przez korony drzew widać świecące wysoko białe punkciki. Co chwilę z różnych stron dochodzą piski i jęki ofiar nocnych drapieżników przerywane głośnym pohukiwaniem sowy.


Kobieta siedzi pod drzewem. Jest bardzo zimno, ale jej umysł nie rejestruje już uczucia chłodu. Z całej siły tuli swoje śpiące dziecko. Obok niej siedzi jeszcze kilka matek z dziećmi. To daje choć odrobinę otuchy. Wszystkie milczą. Żadna z nich nie wie co mogłaby powiedzieć.
Najpierw była wojna, która przerwała jej spokojne i całkiem dostanie życie. Mąż był mechanikiem samochodowym, prowadził własny warsztat, dobrze zarabiał. Mieli tylko jedno dziecko. Gdy ich niewielkie miasteczko zaczęło być ostrzeliwane, zabrali co cenniejsze drobiazgi i trochę rodzinnych pamiątek. Zgromadzone oszczędności pozwoliły im dotrzeć do granicy, opłacić przemytników i znaleźć się w obozie dla uchodźców. Tam dostali ciepły kąt i wyżywienie. Mąż nie mógł nigdzie znaleźć żadnej pracy. Trochę złotej biżuterii i dolarów trzymali na czarną godzinę. Teraz nie musieli martwić się o jedzenie i dach nad głową. Nasłuchiwali docierających z wojny informacji. Martwili się czy cokolwiek pozostało z ich majątku…


Ludzie z Europy pojawili się nagle. Było ich tylko trzech. Jeden z nich mówił po arabsku. Obiecali, że za tysiąc dolarów od osoby, zapewnią im przelot samolotem i przejście przez granicę do Unii Europejskiej. Mąż ma rodzinę w Niemczech. Na pewno im pomogą na początek. Podliczyli to, co im zostało. Było tego niewiele ponad tysiąc dolarów a ci ludzie z Europy chcieli trzy tysiące. Zdjęła z szyi swoją złotą biżuterię. Prosili, błagali, że mają dziecko, że nie mają już nic więcej, że dołożą brakującą kwotę jak tylko dotrą do Niemiec. Rodzina na pewno im pożyczy. Jeden z Europejczyków popatrzył na nich z zrozumieniem.  Wziął dolary, przeliczył, zapisał na ich na liście. Złoty naszyjnik, prezent ślubny, który kobieta położyła na stole schował do kieszeni.


Podróż samolotem trwała kilka godzin. Wylądowali na lotnisku w dużym mieście. Nie wiedzieli dobrze gdzie są. Czy to już Unia Europejska? Na płycie lotniska czekało na nich kilka wojskowych samochodów.  Do ich grupy podszedł mężczyzna w cywilnym stroju. Po arabsku powiedział im, że są na Białorusi i zaraz zostaną przewiezieni na Polską granicę. Tam wojsko ułatwi im przejście na drugą stronę. Polska to już Unia Europejska i nie ma granicy z Niemcami. Każdy z nich dostał reklamówkę z prowiantem i butelkę wody. Wojskowe ciężarówki zawiozły ich w las. Żołnierze kazali im czekać do zmroku. Później pokazali im kierunek w którym mają iść. Dostali nożyce do przecinania drutu i latarki. Po kilkuset metrach zobaczyli na swoje drodze zasieki z drutu. Przystanęli na chwile. Gdy upewnili się, że po drugiej stronie drutu nie ma nikogo, mężczyźni szybko przecięli druty. Kobiety wzięły na ręce swoje dzieci i przebiegły przez granicę. Nie wiedzieli gdzie iść, nagle rozległy się okrzyki w obcym języku i ujadanie psów. W grupie wybuchła panika. Każdy zaczął uciekać w inną stronę. Wtedy ostatni raz widziała męża. Biegła razem z nim w ciemności przez jakieś bagno, przewróciła się, gdy wstała nie wiedziała w którą stronę pobiegł mąż. Bała się. Przytuliła z całej siły swoją pięcioletnią córkę. Chwilę później dostrzegła światło latarek i krzyki w obcym języku. Nie miała zamiaru się ukrywać. Wstała i zaczęła machać do przeszukującego teren człowieka w mundurze. Ten podszedł do niej i w obcym języku powiedział coś do krótkofalówki. Znała tylko arabski i parę prostych zwrotów po angielsku. Help, help my please. I have baby. – powiedziała.  OK. OK. Follow me – odrzekł mundurowy.

Ludzie w mundurach zaprowadzili je samochodu. Nie rozumiały co mówią. O nic nie pytała. Na miejscu było już kilka kobiet z dziećmi. Jedna znała dobrze angielski i po chwili rozmowy z dowódcą powiedziała reszcie, że zaraz je przewiozą do placówki, tylko szukają jeszcze innych osób. Pamiętała, że ci ludzie w obozie dla uchodźców, którzy zorganizowali przelot – kilkakrotnie powiedzieli im, że jak tylko będą w Unii Europejskiej – mają powiedzieć pierwszemu człowiekowi w mundurze. We need international protection. Żeby nauczyli się tego zwrotu na pamięć. Wtedy będą już bezpieczni, dostaną pomoc…
Wojskowa ciężarówka zawiozła ich pod jakiś budynek. Nie pozwolono im jednak wejść do środka. Nie dostali nic do jedzenie ani do picia. Próbowali rozmawiać z pilnującymi ich żołnierzami, ale ci nie odpowiadali ani słowem. Mijały godziny. W pewnej chwili jeden z ludzi w mundurze podszedł do niej bardzo blisko. Siedziała na ziemi. Mężczyzna trącił ją lekko kolanem w plecy. Odwróciła wzrok i dostrzegła, że w dłoni ma batony czekoladowe. Spojrzał mu w oczy. Bez słów zrozumiała, że to dla niej i żeby wzięła to tak, aby inni nie wiedzieli. Schowała trzy batoniki do kieszeni. Chciała podziękować mu chociaż wzrokiem,  ale mężczyzna szybko się oddalił…

Nagle z budynku wybiegał inna grupa ludzi w mundurach. Wszyscy mieli na nałożone na  twarz kominiarki a na dłoniach skórzane rękawiczki. Pilnujący ich na rozkaz odsunęli się na bok. Ci nowi w mundurach, zaczęli siłą podnosić je z ziemi. Dzieci zaczęły płakać, kobiety krzyczeć. Mundurowi, nie czuli na lament, szarpali, wykręcali ręce, prowadzili znów do ciężarówki. Oszołomione kobiety myślały, że otrzymają tu pomoc. Wrzucone siłą do ciężarówki znów pojechały w las. Tam znów siłą wyciągnięte z auta przez zamaskowanych mężczyzn były wypychane do lasu. Mundurowi utworzyli szpaler. Bronią wskazywali kierunek i krzyczeli głośnio GO! GO! GO! Po chwili dołączyło do nich jeszcze dwóch mężczyzn z psami bez kagańców. Płacz dzieci mieszał się z komendami i szczekaniem psów. Strach nakazywał uciekać, rozpacz odbierała wszelkie siły i nadzieję. Kobiety zrobiły tylko parę kroków. Zeszły z polnej drogi. Gdy tylko oddaliły się na parę metrów mężczyźni wskoczyli na ciężarówkę i odjechali. Zostały same. W środku ciemnego lasu…

Głód i zmęczenie sprawiły, że dzieci tulone przez swoje matki, zaczęły zasypiać w ich ramionach.  Kobieta nie mogła zasnąć. Strach przerodził się w zwątpienie. Odebrał jej wszelką nadzieją. Straciła resztki swojego dobytku, nie wiedziała co stało się z jej mężem.
Przypomniała sobie, gdy kiedyś z Europy do ich ośrodka przyleciała grupa chrześcijan z Europy. Trochę ją to zdziwiło, że chrześcijanie udali się taki kawał drogi, aby nieść pomoc im muzułmanom. W grupie były głównie młode osoby. Przywieźli im dary, zabawki dla dzieci, była z nimi lekarka, która badała wszystkie dzieci. Jej córka, była zdrowa, dostała wtedy tylko jakieś witaminy. Gdy młoda doktorka, badała jej dziecko, dostrzegła, że lekarka ma na szyi łańcuszek z krzyżykiem. Wiedziała, że to symbol wiary chrześcijan. Nie wiedzieć czemu wpatrywała się w niego tak długo, aż lekarka dostrzegła jej spojrzenie po czym zapytał: Do you speak English? A little – odpowiedziała lekarce. Ta wstała i wyjęła z swojego plecaka portfel a z niego zdjęcie. My daughter – powiedział. We, you, Christians, Muslims. We are all human.


Kim byli ci zamaskowani ludzie, którzy wyrzucili ją do tego ciemnego lasu? – pomyślała.

IS 1 DSC 2190

 

Dariusz Grochal

Pin It